Czy flaga województwa kujawsko-pomorskiego załopocze na Mount Evereście? Podróżnik i wspinacz Michał Leksiński rusza na najwyższy szczyt świata NASZ WYWIAD

Puls Dnia
Region Raport
Styl Życia
Michał Leksiński na szczycie
Fot. Michał Leksiński/nadesłane
#

10 kwietnia wyleci w kierunku Nepalu, aby zaaklimatyzować się pod szczytami majestatycznych Himalajów. Podróżnik i wspinacz Michał Leksiński od roku przygotowywał się fizycznie i psychicznie do wyprawy na najwyższy szczyt ziemi – Mount Everest, a teraz w rozmowie z portalem kujawy-pomorze.info mówi o szczegółach jednej z najważniejszych podróży w jego życiu.

 

Za niecały miesiąc wyruszasz do Nepalu, aby przebyć drogę w kierunku Base Campu pod Mount Everestem. Jakie emocje targają człowiekiem przed tego rodzaju wyprawą?

Cisza przed burzą to chyba najlepsze określenie. Jestem na kilka tygodni przed wyprawą, którą przygotowuję bardzo metodycznie. Od dawna trenuję mentalnie, a fizycznie pod samą wyprawę ćwiczę intensywnie od roku. Sprawdzam również medycznie swój organizm i dokonuję drobnych poprawek przez ostatnie pół roku, tak aby mieć najlepsze możliwe wyniki. Skompletowałem już cały sprzęt i ostatnie tygodnie poświęcam wyłącznie na trenowanie.

Czyli jesteś już przygotowany w stu procentach?

Jak najbardziej, ale z drugiej strony staram się dużo pracować mentalnie wyciszać emocje, które gdzieś tam się pojawiają, bo jest to rzeczywiście ogromne wyzwanie na wielu płaszczyznach: to najwyższa góra na ziemi, a po drugie – czekają mnie dwa miesiące rozłąki ze światem i rodziną. To naprawdę niełatwy proces.

Tak samo jak sam trening przed wyprawą. Rzeczywiście jest to ciężka harówka?

Trenuję na co dzień, więc kluczem było mądre ułożenie treningów, aby zwiększać swoją wydolność, ale też nie przetrenować swojego organizmu. Oczywiście pojawiają się dłuższe jednostki treningowe, dwu, trzy czy nawet czterogodzinne. Przed wyprawą mam do czynienia też z innego rodzaju treningami, w których większy nacisk kładzie się na wydolność organizmu. Warto pamiętać, że ekspedycja na Mount Everest trwa dwa miesiące, więc każda drobna rzecz, którą tutaj poprawię, później będzie pracować na rzecz mojej regeneracji na miejscu.

Przygotowując się do tej wyprawy, masz w głowie kolejki himalaistów podążające w kierunku wierzchołka góry, która od wielu dekad przyciąga coraz więcej śmiałków?

To jest zawsze dobra okazja, żeby trochę ten mit rozwiać. Przykładowo Kilimandżaro rocznie zdobywa 35 tysięcy ludzi. Z kolei Denali na Alasce, która jest o wiele bardziej wymagająca i przez niektórych określana, jako trudniejsza niż Everest, rocznie próbuje zdobyć około 800 osób. W przypadku Mount Everestu jest to prawdopodobnie około 500 permitów rocznie. Nie jest to więc duża liczba. Dodatkowo przepisy nepalskie nakazują, aby każdemu wspinaczowi towarzyszył też Szerpa, więc ta liczba wspinaczy którzy chcą zaatakować szczyt nam się podwaja. Zatory, które czasami widzimy są wypadkową ilości osób i długości okna pogodowego. Everest niewątpliwie padł ofiarą własnej sławy.

Niewiadomą pozostaje nadchodzący letni sezon pod górą?

Trudno powiedzieć jaki on będzie, bo ta liczba pozwoleń jeszcze nie jest do końca znana. Może się zmniejszyć, ponieważ Chiny ponownie zostały otwarte dla wspinaczy, a stamtąd można wejść na Mount Everest od strony północnej. Możliwe, że ruch wspinaczy zostanie tam w pewnej części przekierowany. Innym czynnikiem jest natomiast długość okna pogodowego. Obecnie modele pogodowe przewidują, na dwa miesiące przed atakiem szczytowym, że istnieje jakiś cień szansy na to, że monsun się przesunie i będzie dostępne nieco dłuższe okno pogodowe. Mówimy tu o okresie około tygodnia lub nawet 10 dni dobrej pogody. To oczywiście dzisiaj wróżenie z fusów, choć daje jakąś nadzieję. Oznacza to, że tak naprawdę te wszystkie fale wspinaczy mogą się bardzo dobrze rozłożyć w czasie i może nie być żadnego zatoru w górnych partiach Everestu. Zresztą same agencje wyprawowe coraz lepiej współpracują między sobą tak, aby koordynować potencjalne ataki szczytowe. W zeszłym roku mieliśmy sytuację, w której jednego dnia w mediach społecznościowych pojawiały się zdjęcia kolejek na szczyt Everestu, a następnego dnia Piotr Krzyżanowski zdobył Everest bez tlenu i w dodatku samotnie. Czasami prawda jest zgoła inna niż obrazki.

Góra bywa także kapryśna, prawda?

W przypadku zdobycia Mount Everestu mówimy o dwóch miesiącach pewnego procesu. Na początku trzeba spędzić kilkanaście dni w marszu do bazy pod górą. Później czeka mnie odpoczynek, aby następnie wybrać się do pobliskiej wioski Lobuche i stamtąd zaatakować sześciotysięcznik Lobuche East. Później znów powrót do bazy i kolejne dni odpoczynku w base campie. Po takim przygotowaniu można pierwszy raz spróbować sił w drodze na Everest i dojść do granicy 7 tysięcy metrów. Następnie znów powrót na dół do bazy. Dopiero po całym tym procesie człowiek jest gotowy, żeby próbować zmierzyć się z atakiem szczytowym.

Na tą wyprawę nie wyruszasz sam, ale ze zorganizowaną ekspedycją?

Rzeczywiście wyprawy na Everest różnią się trochę od innych. Moja ostatnia podróż na Alaskę była zorganizowana całkowicie samodzielnie. Razem z moim parterami próbowaliśmy zdobyć szczyt Denali. Wyprawy na Everest oczywiście znane są z tego, że tutaj agencje wspierają uczestników w o wiele szerszym zakresie m.in. pod względem jedzenia czy opieki medycznej. Jest też duże wsparcie ze strony Szerpów. Na Mount Everest wybieram się z agencją nepalską, która będzie kumulowała pewnie jakąś grupę międzynarodową. Wydaje mi się, że będą w niej m.in. Brytyjczycy oraz Hindusi. Pewnie poznamy się dopiero na miejscu.

Odpowiednia aklimatyzacja to jedno, lecz trzeba mieć także wystarczająco dużo siły, aby tę górę zdobyć. Jakiego wyżywienia należy spodziewać się w bazie po Mount Everestem i w kolejnych obozach?

W wyższych obozach najbardziej wchodzi w grę jedzenie liofilizowane. O ile w obozie pierwszym (5900 m n.p.m.)  i drugim (6400 m n.p.m.) czy bazie (5300 m n.p.m.) można liczyć na normalne dania to powyżej nie ma już bezpiecznej przystani. W obozie trzeci i czwartym – w strefie śmierci - człowiek może się posiłkować jedynie liofilizowanym pożywieniem.

A ile kosztuje taka „zabawa”?

To oczywiście zależy, ale z Everestem jest tak, że jest to góra, na której obowiązują pewne widełki kosztów. Przykładowo w kontekście zdobywania Vinsona na Antarktydzie istnieje jedna agencja, która monopolizuje rynek i koszty wyprawy są na jednym poziomie dla wszystkich. Obecnie wyprawa na tamtejszą górę kosztuje już prawie 60 tysięcy dolarów. W przypadku Everestu te koszty wahają się. Uwzględniając sprzęt, samolot, ubezpieczenie, opłaty dla agencji oraz pozwolenia, pewnie od 160-180 tysięcy do nawet 500 tysięcy złotych. Wszystko zależy od tego, czego kto oczekuje.

Co zawiera wobec tego opcja „all inclusive”?

Często są to absurdalne usługi, jak na przykład łóżko typu kingsize albo biurko do pracy dla biznesmenów, którzy muszą pracować. Inną opcją jest nielimitowany przelot helikopterami: z bazy można polecieć niżej w celu poprawy swojej regeneracji. Natomiast w moim przypadku będzie to podstawowe wsparcie agencyjne.

Na Czomolungmę mogą wejść tylko ci, którzy zdobyli wcześniej wierzchołki powyżej 7 tysięcy metrów, czy jest to raczej umowny zapis?

To jest dość „miękki” wymóg. Nepal próbuje rokrocznie wprowadzać przepisy zwiększające bezpieczeństwo wspinaczy. Cenzus doświadczenia pojawia się tutaj jako naturalny filtr, ale nigdy nie został wprowadzony jako formalny wymóg. Oczywiście odpowiedzialni wspinacze budują latami swoje górskie doświadczenie zanim wyruszą na Everest.

Czyli jeżeli dysponowałbym odpowiednią ilością dolarów, to mógłbym wejść na najwyższą górę świata?

Pieniądze na pewno człowieka nie wniosą na tą górę. Każdy krok trzeba wykonać samodzielnie, każdy kryzys trzeba samodzielnie przewalczyć w głowie. Tutaj pieniądze nic nie pomogą. Myślę jednak, że gdy agencja widzi potencjalnego klienta, który chciałby zapłacić bardzo dużo, ale nie miałby kompletnie zielonego pojęcia, o co chodzi z górami wysokimi, to rzeczywiście mogliby mu zaproponować tydzień szkoleniowy w Nepalu. Po podszkoleniu mógłby spróbować zdobyć górę. Takie przypadki się zdarzają. Mateusz Waligóra pisał o tym, kiedy był na wyprawie – widział wówczas ludzi, którzy odrywali jeszcze metki od sprzętu, a Szerpowie pomagali im zakładać raki. Wiąże się z tym też moja duża obawa, że podczas mojej wyprawy znajdzie się pewna liczba osób, która będzie miała mniejsze lub prawie żadne doświadczenie wysokogórskie, a to zawsze rodzi jakieś ryzyko.

Co jest najtrudniejsze podczas zdobywania Mount Everestu?  W końcu jest to zupełnie inny rodzaj gór w porównaniu do szczytów, na których byłeś dotychczas.

Teoretyzując mam poczucie, że w Himalajach człowiek doświadcza pewnego rodzaju innego wymiaru. Do tej pory brałem udział w pełnoprawnych ekspedycjach, ale to nie trwało dwa miesiące i to w dodatku na ponad pięciu tysiącach metrów. To jest kompletna zmiana dla organizmu. Trzeba pamiętać, aby zadbać o siebie pod kątem odpowiedniej suplementacji oraz odżywiania - bez odpowiedniej siły nie da się zdobyć tego szczytu. Inną zmianą, w stosunku do pozostałych wypraw, będzie też wysokość. Dotychczas najwyżej byłem na Aconcagui i te siedem tysięcy metrów to dla mnie limit wysokości. W przypadku Mount Everestu będę wspomagał się tlenem, ale nadal kwestia wysokości robi ogromną różnicę.


Wraz z Fundacją Happy Kids promowałeś projekt pierwszego w Polsce Rodzinnego Domu Pomocy Społecznej. Zdobywanie kolejnych szczytów to nie tylko przekraczanie własnych barier, ale też pomoc dzieciom?

Rzeczywiście jest tak, że dla mnie Everest jest 8 z 9 etapów na drodze do zdobycia Korony Ziemi. Nie zapominam o najważniejszym elemencie tego projektu jakim jest właśnie Fundacja Happy Kids z Łodzi, która zajmuje się rodzinnymi domami dziecka. Staramy się, aby każda wyprawa była czemuś dedykowana, jak to miało miejsce w przypadku wyjazdu na Alaskę i Antarktydę, którą poświęciliśmy projektowi Rodzinnego Domu Pomocy Społecznej. Obecną wyprawę na Everest będziemy wspólnie z  Fundacja Happy Kids dedykowali wsparciu programu usamodzielniania młodych ludzi. Chodzi o edukacje młodych ludzi w kontekście wchodzenia w dorosłość. Koszt takiego programu wynosi blisko 15 tysięcy złotych rocznie na każdego wychowanka. Będziemy starali się zebrać wielokrotność tej kwoty w trakcie wyprawy, aby jak najwięcej tych dzieciaków mogło skorzystać z programu.

To jest jeden z tych szczytnych celów, które realizujesz przy okazji swoich wypraw. Jednocześnie ekspedycje w tak odległe rejony świata to spore koszty. Jak pozyskujesz na nie sponsorów?

Trzeba to sobie powiedzieć wprost – nie jest to łatwe zadanie. Budowanie zaplecza sponsorów dla swoich pomysłów to wiele lat doświadczeń. W przypadku mojej wyprawy na Antarktydę pomocnym okazało się zainteresowanie medialne, które zbudowało istotne zasięgi i wygenerowało dane reklamowe. Jednocześnie trzeba się nastawić na początku, ale i później, że wiele firm odmawia z najróżniejszych, zrozumiałych powodów: ze względu na brak wpisywania się takiej wyprawy w ich strategię marketingową albo po prostu brak środków w budżecie. 
W przypadku wejścia na szczyt Mount Everestu pracowałem nad pozyskaniem partnerów około roku. Wysłałem około trzech tysięcy ofert do firm w Polsce, z czego ostatecznie wyłoniła się grupa moich obecnych sponsorów m.in. Tutore (sponsor tytularny) czy PKO Bank Polski, KPS Food, ADATA. Nie ukrywam, że profesjonalnie przygotowana oferta sponsorska też pomaga, aby potencjalny inwestor wiedział, że historia, którą mu przedstawiam ma sens i wartość.

Na czym się skupiasz podczas takich rozmów?

Przede wszystkim oferuje firmom spory wachlarz możliwości. To nie są już tylko standardowe naszywki na kombinezonie. Staram się każdorazowo zrozumieć na czym danej marce najbardziej zależy i jakich treści poszukuje w kontekście takiej wyprawy. Następnie wspólnie to wypracowujemy.

Jednym ze sponsorów wyprawy na Mount Everest jest województwo kujawsko-pomorskie?

Zgadza się. Wiele lat byłem z tym regionem związany. Studiowałem na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a Toruń jest bliski mojemu sercu, ponieważ tutaj spędziłem jedne z piękniejszych lat swojego życia. W 2018 r. województwo kujawsko-pomorskie było partnerem mojej wyprawy na Piramidę Carstensza w Nowej Gwinei, bo spodobała im się ta idea wyprawy, że możemy „pozdrowić” mieszkańców regionu z naprawdę szalonych miejsc. Przy okazji wyprawy na Mount Everest odświeżyłem ten pomysł i okazało się, że trafił na podatny grunt i bardzo się spodobał. Tym razem ruszamy razem na Everest.

Czyli flaga województwa kujawsko-pomorskiego zawiśnie na szczycie Mount Everestu?

Taki jest plan.

A sam termin ataku szczytowego?

Następuje z reguły w drugiej połowie maja jak już wszyscy zyskają odpowiednią aklimatyzację pod górą i będą w stanie zaatakować szczyt.  

Do zdobycia „Korony Ziemi” pozostaje jednak jeszcze szczyt Denali. Kiedy za pierwszym razem opowiadałeś mi o wyprawie, do szczytu zabrakło tobie 70 metrów, przy drugiej próbie w 2023 r. figla spłatało zagrożenie lawinowe i podmuchy wiatru. Myślisz już o trzecim, szczęśliwym podejściu?

Z jednej strony nie wybiegam tak daleko, staram się głównie skupiać teraz na Evereście. Gdyby jednak wyprawa na tę górę zakończyła się sukcesem, to w przyszłym roku chciałbym wybrać się na Denali (dzisiejszy McKinley). Oczywiście wiązałoby się to znów z pozyskaniem sponsorów.  A co po Koronie Ziemi? Tego nie wie nikt, ale pomysłów mam już sporo.

Dziękuję za rozmowę.

 

CZYTAJ WIĘCEJ: