Bardzo ciekawe słowa Wojciecha Stępniewskiego, prezesa Ekstraligi Żużlowej, padły ostatnio w jednym z wywiadów. Otóż prezes rzekł, że w erze rekordowych pieniędzy, jakimi obracają dziś kluby, nie stać ligi i klubów tychże na to, by rozgrywki powiększyć i dokooptować do nich następne dwa zespoły.
Fanom innych dyscyplin należą się małe wyjaśnienia, że nawet zimową porą, nawet gdy do sezonu jeszcze sporo czasu, tak chętnie poruszam na tych łamach tematy związane z czarnym sportem. Tak to już jednak jest, że raz po raz się okazuje, że grzechem byłoby z nich nie skorzystać i nie popełnić o nich choć kilku (-nastu) zdań, gdy żużel sam podsuwa je pod nos.
Pieniędzy w ligowym żużlu jest dziś w Polsce multum, a będzie jeszcze więcej. Nowa umowa telewizyjna zakłada, że w latach 2026-2028 za pokazywanie meczów Speedway Ekstraligi Canal+ zapłaci 214,5 miliona złotych, co oznacza, że rocznie na każdy klub będzie przypadało nawet 8 milionów. A to przecież dla klubów przychody niejedyne, bo są dotacje z miast, swoje dorzucają też sponsorzy, szczególnie tytularni, dochodzą wreszcie niemałe pieniądze ze sprzedanych biletów. Finansowe eldorado trwa więc w najlepsze, a tymczasem Wojciech Stępniewski, prezes Ekstraligi Żużlowej, ocenił niedawno, że na powiększenie rozgrywek o dwa kluby, po którym każdy zespół pojechałby w ciągu roku o cztery mecze więcej, polskiej ligi… nie stać. Prezes wyliczył również, że na zbilansowanie takiej reformy trzeba by… dodatkowych 30 milionów.
Nie piszę tego, by z prezesem polemizować, zarzucać mu wyliczenia błędne, bądź przekonywać, że na pewno „jakoś by to było”. W tym wszystkim ciekawi mnie bardziej coś innego - że może nie wprost, ale Stępniewski przyznaje jednak, że na rynku żużlowym cały czas trwa dyktat zawodników, a nie klubów i nawet nie władz całych rozgrywek. Żużel jest sportem wielce specyficznym - tu nie ma stałych pensji. W futbolu Robert Lewandowski z góry wie, jaka kwota co miesiąc wpłynie na jego konto i liczba strzelonych goli nie ma tu żadnego znaczenia. W żużlu płaci się tymczasem za każdy punkt wywalczony na torze, więc im lepszy występ, tym i zarobek większy. Jeśli jesteś zawodnikiem, który nie zdobędzie akurat punktu żadnego, wyjedziesz ze stadionu z okrągłym zerem także po stronie wypłaty.
System ma swoje dobre i złe strony, niewątpliwie bywa motywujący dla żużlowców, ale jego wadą jest właśnie rosnąca lawina wydatków w sytuacji, gdy meczów jest więcej. Co z tego, że kibice chcą oglądać zawody często - bywali działacze, zwłaszcza drugoligowi, którzy mówili wprost, że dla nich korzystniej, gdy spotkań jest jak najmniej, bo i wydatki są wtedy mniejsze.
A wracając do dyktatu zawodników - teoretycznie powiedzieć można, że przecież cóż prostszego, jak podzielić pieniądze, które kluby planują na wypłaty i na organizację spotkań, nie na czternaście meczów rundy zasadniczej, a na osiemnaście. I tu dochodzimy do sedna - najwyraźniej Stępniewski, w swoim czasie też prezes klubu, wie aż za dobrze, że to nie przejdzie. Bo zawodnicy z miejsca zaprotestują, że za tę samą kasę mają jeździć więcej, więc na obniżenie stawek się nie zgodzą, bo któryś z prezesów zamknie oczy i według wspomnianego „jakoś to będzie” uzna, że zaproponuje tyle, co proponował dotąd, a pieniądze na dodatkowe mecze „jakoś się znajdą”, bo inni prezesi zaraz pójdą w jego ślady, bo spirala wydatków znów się nakręci i znów pojawią się w klubach coraz większe długi. Ufać w zdrowy rozsądek w polskim żużlu - nie, to by było zbyt naiwne. Było więc stać Ekstraligę na dziesięć klubów jeszcze w 2014 roku, gdy budżety były znacznie mniejsze, nie stać jej w 2025 i później, gdy budżety są znacznie większe - ot, taki to paradoks.
Na tylko ośmiozespołowej lidze traci tymczasem nasz region, bo do jej bram coraz mocniej puka Polonia. Byli bydgoszczanie blisko awansu do grona najlepszych już w zeszłym roku, ale wtedy niestety nie wyszło. Czy uda się teraz? - zobaczymy, chętnych do awansu znowu nie brakuje, a margines błędu duży nie jest. Nie mam wątpliwości, że przy większej Ekstralidze już teraz mielibyśmy w niej wszystkie trzy kluby z regionu - bydgoski, grudziądzki i toruński. Są na razie dwa, na trzeci poczekać musimy jeszcze co najmniej rok.