Nie procenty, tylko patenty. Komentuje Mariusz Załuski

Puls Dnia
Region Raport
Biznes Opinie
wojsko
Fot. 123rf

Licytacja na procenty PKB, które łożyć należy na obronność, lekko mnie niepokoi. I nie, żebym był przeciwnikiem ogarniania się w tej sprawie Europy – w końcu czasy takie, że Rosja za ścianą, a USA bujają światową łódką, więc ogarniać powinniśmy się jak najbardziej. Problem w tym, że obronność to tak kosztowna sprawa, że wchłonie dokładnie każdy procent PKB, który politycy wylicytują. Zdecydowanie trudniejsza sztuka, to wydać te pieniądze z sensem. Żebyśmy nie musieli tego potem jako podatnicy odchorowywać, bo będzie to bolało znacznie bardziej, niż jakieś nietrafione respiratory z czasów pandemicznego wydawania. 

Tak sobie o tym pomyślałem, kiedy dotarł do mnie wstępny pomysł powszechnego szkolenia wojskowego dla chętnych Polaków, za które przeszkalani dostawać mają 6 tysięcy miesięcznie. I inne pomysły zrobienia z nas w kwestii obronności powszechnej Finów południa albo Szwajcarów północy. Tak się składa, że w przeciwieństwie do wielu autorów owych pomysłów, ja akurat brałem udział w ćwiczeniach rezerwistów, jako dzielny podchorąży, a więc osobnik szkolony. Takie ćwiczenia polegały na tym, że zganiano kilkuset chłopa i trzymano nas dajmy na to tydzień w namiotach w majowym słoneczku. Nieźle się jadło i obficie piło, my udawaliśmy, że się szkolimy, a kadra udawała, że nas szkoli i czekała z utęsknieniem, żeby te hucpę odhaczyć. Zdecydowana mniejszość irytowała się, że oderwano ją od pracy, ale zdecydowana większość była całkiem uradowana nagłymi wakacjami, za które jeszcze Polska kochana płaciła żołd. Ci nieliczni, autentycznie zainteresowani „żołnierką”, ginęli w tłumie. Jako oszczędny pomorzak próbowałem nawet oszacować, ile kasy z naszych podatków na takich ćwiczeniach idzie w piach, ale szybko się pogubiłem. Można oczywiście zakładać, że teraz będzie zupełnie inaczej, ale ja przynajmniej odczuwam obawę, że szybko wprowadzony program szkolenia obronnego Polaków będzie powtórką z rozrywki, choć nikomu tu nie do śmiechu. I trafią tam głównie nie miłośnicy „żołnierki”, ale 6 tysięcy.

Nasz kujawsko-pomorski fyrtel, choć leży w środku Polski, tematem nowej polityki obronnej zainteresowany jest żywotnie, również gospodarczo. To my mamy solidny potencjał naszej zbrojeniówki, to my mamy w Bydgoszczy polską stolicę NATO , to my mamy zasoby, które mogłyby służyć za budowę bazy szkoleniowej, choćby w Toruniu. Bo jeśli wydamy te pieniądze z sensem, mając patent na to, jak podnieść poziom obronności, to zyskamy wszyscy. Ale jak skończy się tak, jak z niektórymi słynnymi „defiladowymi” zakupami w ostatnim latach, to ile byśmy tych procentów PKB nie wylicytowali, to i tak nam wyparują.